Młyn fragment 5

***

            Po sabacie poszedł nad rzekę w towarzystwie Rybaka i ojca Michała. Rybak otworzył drzewo i wyjął rzeczy Krzysztofa, po czym drzewo znowu się zamknęło. Wyruszyli w stronę dziupli. Świtało, gdy do niej doszli. Tym razem jednak nie była oświetlona.
– Tutaj cię zostawiamy. Dalej idziesz sam. Pamiętaj, masz przejść przez Bramę, mimo wszystkiego co spotkasz na drodze i przekazać informację o tym, by inicjacja odbywała się w dziupli. – rzekł tajemniczo Michał.
– Możesz chociaż powiedziałbyś jaki w tym sens?
– Możemy się mylić, ale mogą być możliwe przejścia w te i z powrotem dla nowych. Liczę na twoją inteligencję.

Powoli schodził do dziury w ziemi.  Powietrze zaczęło znowu gęstnieć i im bliżej był dna, tym światło stawało się jaśniejsze. Ludzie z metalu i cienia zaczęli go otaczać. Utworzyli krąg i posuwali się razem z nim. Zawodzili i stało się jasne, że nie chcieli, żeby do nich dołączył, a jednocześnie dotykali go, by poczuć znów ciepło. Ich dotyk był zimny i zamrażał część skóry. Można powiedzieć, że składali się z żywego metalu o konsystencji mrozu, a jednocześnie byli jak najbardziej organiczni. Było tak zimno, że postanowił wyczarować wodny miecz i skuć go lodem. Nie chciał ich zranić, więc ograniczył się tylko do odpychania.
Było mu coraz ciężej. Tak ciężko, że zaczął najpierw się pochylać, a następnie chodzić na czworakach. Było o wiele gorzej od momentu, kiedy tu wszedł po raz pierwszy. W końcu natrafił na koniec tunelu, a krąg cieni rozstąpił się przed Bramą. Jednocześnie przybyło ich więcej. Otoczyli go, jakby czekając, żeby stał się jednym z nich. Drogę do Bramy pozostawili wolną. W końcu zostawił miecz i przeszedł przez Bramę.
Brama po przejściu się zamknęła. Przeżył szok – wylądował na dnie rzeki. Na szczęście jego talent oddychania pod wodą pozostał i w końcu wypłynął na wierzch. Przestraszył wędkarza, który w krzyku uciekł przed nim, zostawiając trochę ryb i przygotowane drewno na ognisko. Krzysztof wysuszył się, zjadł ryby i położył się spać.
Następnego dnia obudzili go jacyś ludzie. Nie mieli nic wspólnego z magami, byli to najnormalniejsi ludzie, jakich spotkał w życiu. Niestety, on już nie był normalny. Przynajmniej w ich mniemaniu. Był między nimi ksiądz, policjant i wędkarz.
– Spokojnie panowie. O co chodzi? – spytał Krzysztof o dziwo normalnym głosem.
– Podobno wyłoniłeś się z toni diabli synu. – ksiądz się wściekł.
– Spokojnie, proszę księdza. – policjant przybrał kamienną twarz. – Niech się wytłumaczy.
– Topiłem się i dzięki Bogu udało się mi wydostać na powierzchnię.
– Mówiłem, on tylko się topił. – rzekł policjant z nutką powątpienia w głosie.
– Nieprawda, ja wiem, co widziałem. – podniósł głos wędkarz.
– Masz szczęście synu, w tej okolicy znajduje się ostatnio wiele topielców. Aż dziw mnie bierze, że ktoś przerwał tą czarną serię.
– Możecie mnie przewieźć do domu?
– A gdzie mieszkasz?
– Na Wilczej 6, niedaleko cmentarza.
– Wilcza 6… Ale tam już nikt nie mieszka od 10 lat. – stwierdził policjant.
– To w takim razie, proszę mnie zostawić samego. – wycofał się zaszokowany.
– Nie możesz odejść, masz z tego co widzę, mniej niż 18 lat, nie możesz być sam! –dodał policjant. –  A skoro mówisz o tym, że mieszkasz tam gdzie nikt nie mieszka… To może być choroba pourazowa…, przytrzymajcie go.
Ksiądz i wędkarz rzucili się na niego z wyraźną przyjemnością.
– Zostawcie mnie, ratunku! – krzyczał osaczony, lecz nikt nie odpowiadał. Policjant zaś zaczął wykręcać numer do szpitala, bynajmniej nie dla normalnych ludzi.
Jest już po mnie – myślał. – Pojadę do szpitala dla wariatów.”
– Jestem normalny! – zaczął krzyczeć.
– Gdybyś był normalny, to byś się tak nie darł. – uciszał go wędkarz i po chwili dodał. – Topielcu.
– Nie jestem żadnym topielcem. – wycedził przez zaciśnięte zęby Krzysztof. – Puśćcie mnie do cholery. – Po chwili usłyszał karetkę. Pewnie zrobili nową drogę w ciągu tych 10 lat… Pielęgniarze wstrzyknęli mu coś… zasnął.
Cofnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *