Klątwa

Wędrowiec zaglądnął do okna gospody. Postanowił, że tu przeczeka noc. Zwierzętom, które mu towarzyszyły, kazał poczekać w lesie. Świetlika schował do klatki, żeby nikt go nie zobaczył. Wszedł i zakrzyknął do wszystkich.
– Karczmarz, wino dla wszystkich! Na mój koszt. – Od stołów wstali prawie wszyscy i choć zdziwieni – skąd taki obdartus może mieć złoto, zaczęli wiwatować na jego cześć. Karczmarz za bardzo nie dawał wiary, że obcy miał jakiekolwiek pieniądze, ale jak zobaczył dwa mieszki, w których brzęczały monety, zaraz zaczął rozdawać wino wszelkim gościom na sali.
– Chciałbym wam opowiedzieć pewną historię. – Zaczął opowiadać, gdyż miał już w kieszeni wszystkich gości karczmy „Pod zielonym ruczajem” – Historię pewnego młodzieńca, który kiedyś był mną.
– Z chęcią wysłuchamy – odpowiedzieli wszyscy skuszeni darmowym piciem.

Witold mieszkał we wsi zwanej Kładką. Nazwanej tak, gdyż tylko opuszczany most oddzielał mieszkańców od zakazanego lasu. W lesie żyły stwory, które bały się światła i wody. Pod kładką płynął szeroki i w miarę głęboki strumień, dzięki czemu stwory nie nękały ich w nocy. W dzień wieśniacy eksplorowali las, wycinając drzewa na rozbudowę Kładki oraz zbierali jagody i polowali na leśne zwierzęta.
Po skończonym dniu wszyscy schodzili się do wsi poprzez opuszczany most, który zwali kładką.
Pewnego razu kładka nie została wzniesiona. Leśne stwory przeszły przez nią, zarżnęły owce i zżarły surowe mięso. Do domostw też chciały się dostać, ale były pozamykane. Ludzie byli na święcie przesilenia wiosennego i gromadzili się wokół kultowego pala, symbolizującego urodzaj. Plac świąteczny był oświetlony pochodniami, więc cienie nie mogąc znieść światła trzymały się z dala.
Nowy rok miał się zacząć od rzezi owiec. Na szczęście tylko owiec. Wieśniacy pobudowali pomieszczenia na zwierzęta hodowlane, dzięki czemu cienie nie mogły się do nich dostać.
Cienie nie były na tyle sprytne, żeby móc otworzyć drzwi. Rano nikt nie przyznał się do zostawienia kładki otwartej, ale od tego momentu nikt już nie zapominał wznieść jej do góry.             Witold był wtedy młody, a jego siostra była jeszcze w drodze.
Minęło kilka lat, a zakazany las nadal bronił swoich włości. Mieszkańcy wsi nie chcieli wchodzić w głąb lasu. Linia drzew wzdłuż strumyka została przetrzebiona przez drwali i zarosła ciernistymi krzewami. Kładka zbutwiała i dawno jej już nikt nie spuszczał. Las po wycince powoli się odradzał.
Witold wtedy miał szesnaście lat, a jego siostra dwanaście. Matka pytała się już szamanów jaka przyszłość będzie go czekała i jaką ma poślubić dziewczynę. Szamani jak zawsze, przynajmniej według Witolda, udzielali ogólnikowych odpowiedzi.
Matka strasznie się zmartwiła, kiedy dostała od nich odpowiedź. Na domiar złego kazali jej nic nie mówić swojemu synowi.
Tak bardzo się zmartwiła, że zamiast opiekować się gospodarstwem, zamknęła się w sobie i do nikogo się nie odzywała.
Ojciec przejął całe gospodarstwo. Niestety zapijał się z powodu małżonki i powoli doprowadzał do ruiny to, na co tak ciężko pracował. Witold robił co mógł, żeby coś włożyć do garnka sobie, siostrze i matce – bo ojciec chodził na innym głodzie. Chłopak pyskował do szamanów, lecz oni nie dawali mu odpowiedzi. Skryci za swoim namiotem, niedostępni dla nikogo oprócz tych, których wybierali. Po jakimś czasie znowu zdarzyło się nieszczęście.
Przez wieś przechodziła wiedźma. Tak się złożyło, że siostra Witolda, Rena, doiła krowę. Zagadnęła Renę, by dała jej mleka, lecz ona odmówiła. Jej brat usłyszał odpowiedź wiedźmy.
– Od tego czasu będziesz spała snem nieprzerwanym – aż nie umrzesz. – Myślał na początku, że to tylko zwykła złość albo szamańskie przechwałki, ale w ciągu kilku dni dziewczyna zaczęła popadać w dziwną obojętność, aż w końcu zasnęła.
Było tak jak mówiła jędza. Rena znalazła się w gorszym stanie niż ich matka, która przebudziła się z letargu i powiedziała Witoldowi, żeby zwrócił się do szamanów, bo to co się stało, zostało przepowiedziane dawno temu. Stał się cud – ojciec przestał pić. Razem z matką zajęli się gospodarką
Witold miał spytać o radę ludzi, których szczerze nienawidził. Następnego dnia poszedł do szamanów. Może nie był wybrany, ale miał dla nich dar – mięso owcy.
– Hej – mam podarunek dla was – krzyknął w wieko namiotu. Chcę byście dali mi odpowiedź.
– Wejdź – powiedział jeden z nich. To co zobaczył zaskoczyło go. Było mianowicie trzech szamanów. Jeden miał przepaskę na oczach i był gruby i rozlazły. Drugi nie miał szczęki i języka. Był chudy jak patyk. Trzeci zaś nie miał uszu. Gdy zobaczył na sobie wzrok Witolda powiedział:
– Tak jestem głuchy.
– A ja ślepy, a ten co nie ma języka nie za bardzo może jeść.
– Razem stanowimy jedno. Powiedzieli ci co potrafili mówić, a trzeci przytaknął.
– Wiemy po co przybyłeś. – ciągnął ślepy. – Daj nam ofiarę.
Oddał im owcę. Wszyscy trzej rzucili się na owcę jak jastrząb na uciekającą mysz. Mięso zjedli na surowo, a ściekającą krew zgromadzili do małej dziury wykopanej w ziemi. Witoldowi zebrało się na wymioty, ale nie mógł nic zrobić, gdyż całe jego ciało zesztywniało. Nagle w czerwonej sadzawce zaczęły pojawiać się obrazy. Była tam jaskinia, a w jaskini siedziała na fotelu jakaś kobieta. Koło fotelu było ognisko, na którym smażyła się pieczeń. Pod ścianami były biblioteczki uginające się od książek. Był również stół alchemiczny, na którym kobieta mogła ważyć mikstury. Krew pokazała również tą czarownicę, kiedy rzucała klątwę oraz jego siostrę, jak powoli umiera.
– Twoja siostra zapadła w sen śmierci. Mamy dla ciebie radę:

Winna czy nie winna
Zapytaj siostry los.
Klątwa czarownicy silna
Zadała swój cios.
Może pomóc wieszczka
Co w jaskini mieszka
My nie jesteśmy w stanie
Wykonuj zadania dla niej.

-Gdzie to jest? Gdzie mogę ją znaleźć? – Witold wpadł w ekscytację.
-Jak myślisz synu? Jaskini szukaj w górach. Jest ścieżka. Ścieżka starych dębów. Gdy skierujesz się w góry musisz znaleźć dwa wielkie dęby na początku głębokiego wąwozu. Dalej znajdziesz drogę. – Powiedzieli jednym głosem i kazali mu wyjść.
Poszedł do domu po nóż myśliwski i łuk na wilki. Wziął trochę prowiantu i ruszył.
Po nie długim czasie, gdy wyszedł z wioski w kierunku, którym szamani go skierowali, znalazł dwa stare dęby, a za nimi wąwóz. Wąwóz na początku opadał na dół, ale później ścieżka zaczęła się piąć w górę i stawać się coraz bardziej skalista. Nagle usłyszał wycie wilków, dobiegający za nim. Ścieżka coraz bardziej pięła się do góry, wręcz zamieniła się w strome wzniesienie. Miał do wyboru – wspinać się tak szybko, żeby wilki go nie dopadły albo stanąć z nimi twarzą w twarz.
Przywódca stada zbliżał się jednak szybciej niż mógł się wspiąć. Witold naciągnął cięciwę łuku i strzelił mu prosto między oczy. Wilk zginął na miejscu. Naciągnął drugą strzałę, lecz wataha już nie była taka pewna. Jeden z wilków rzucił się na niego, i gdy już miał zanurzyć kły w jego szyi, Witold wyciągnął nóż i ciął mu aortę. Wilki się wycofały. Już miał iść do góry, kiedy usłyszał ciche zawodzenie. Koło przywódcy stada skulił się mały wilczek.
Okazało się, że przywódcą stada jest samica. Wilczek powarkiwał na niego. Witold zbliżył się do niego i wyjął z torby mięso kurczaka. Gdy rzucił mu mięso, wilczek porwał je i z chęcią zjadł.
Witold powoli się od niego oddalił. Wszedł na urwisko, a tam znalazł się na małej polance obrośniętej drzewami. Ścieżka wiodła go prosto do jaskini. Schronił się tam przed deszczem i jak było w wizji znalazł wieszczkę. Pierwsze co usłyszał od niej to:
– Jak mogłeś?! Zostawiłeś małego wilczka samego w lesie! Nie powiem ci nic na temat twojej siostry dopóki go nie przyprowadzisz. Teraz! – Poczuł się jakby ktoś niewidzialny wypchnął go z jaskini.
Górka zamieniła się w wartki strumień. Rozejrzał się dookoła i znalazł korę drzewa z dębu. Postukał w nią i uznał, że się nada na to, by na niej zjechać . W trakcie zjazdu rzucało go z jednej strony w drugą. Przy samym końcu kora zaczepiła się o kamień wystający z gruntu. Kora się rozpadła, a on poleciał twarzą w błoto. Strumień zmieniał się w coraz bardziej wartki potok, który na szczęście jeszcze nie zabrał wilczka, skamlającego przy ciele swojej matki.
Wilczek gdy go zobaczył zaczął warczeć. Bał się, że zabije i jego. Witold wyciągnął drugiego kurczaka i zaczął go oswajać. Przybliżał kurczaka do jego pyska, a on z głodu podchodził coraz bliżej. Witold go głaskał, a wilczek warczał, lecz po chwili się przyzwyczaił. W końcu zjadł całego kurczaka.
Witold znalazł ścieżkę, której wcześniej nie zauważył, gdy był przybity do muru przez wilki. Nie pięła się do góry tylko okrążała wzniesienie. Wilczek zaczął za nim iść. Powoli wdrapywali się w górę, by w końcu zajść od tyłu na polanę. W końcu weszli do jaskini. Wilczek przyzwyczaił się do nowego pana.
– Dobrze – pierwsze zadanie skończyłeś pozytywnie – choć z małym opóźnieniem. – Popatrzyła na wilczka. – Poczęstujcie się – Wskazała na smażone mięso nad rożnem.
Gdy deszcz przestał padać, Witold z wilczkiem położyli się spać.     Obudziła go przed świtem.
– Mam dla ciebie zadanie. Wilk może zostać. Gdy wrócisz, będę miała dla ciebie prezent. Teraz jednak słuchaj. Masz przynieść mi jajo orła, który ma gniazdo na jednym z dwóch szczytów otaczających moją jaskinię. Pospiesz się! – Znowu jakaś niewidzialna siła wypchnęła go z jaskini.          Witolda czekała następna wspinaczka. Poczekał, aż słońce wysuszy stok i ruszył na szczyt, nad którym krążyło wielkie ptaszysko. Po mordędze udało mu się dojść do gniazda. Orzeł zaatakował go. Witold zdjął płachtę jaką miał na sobie i zarzucił nią na ptaszysko. Obwiązał ją tak, by orzeł nie wydostał się przez dłuższy czas.
Wkroczył do jaskini. Zaskoczył go widok wielkiego wilczura. Wilk zaczął do niego merdać ogonem, jakby nie widział Witolda przez wieczność.
– Co się z nim stało? Czy to jakieś czary? – spytał wieszczki.
– Tak działa kamień filozoficzny, który mam w posiadaniu. Mogę stwarzać różne eliksiry. Nieśmiertelność, piękny wygląd, przywrócenie młodości, danie rozumu, stworzenie golemów strzegących wejścia…
– Jakich golemów? –  Gdy wejście zaczęło się ruszać i jeden z potworów pomachał do niego swoją gigantyczną ręką, Witold prawie osunął się ze zdumienia.
– Wystarczy odpowiednia mikstura i mogę zrobić wszystko. To potęga, ale również odpowiedzialność. Zastanawiam się jak nazwiesz swojego wilczka.
– Myślę, że Oswojony z Kur, to imię będzie dobre, jako że oswoiłem go mięsem z kur.
– Myślałam, że masz lepszą wyobraźnię. Może po prostu Swojak?
– W porządku, niech będzie Swojak. – Wieszczka poprosiła o jajo, a gdy je oddał ostrzegła go:
– Orzeł musi zobaczyć  cię jako pierwszy, żeby stać się twoim przyjacielem.
Umieściła jajo w sadzawce z jakąś pobłyskującą cieczą. Przybliżył się i zobaczył jak orzeł zaczyna się wykluwać. Wieszczka kazała mu wpatrywać się cały czas w jajo. Trudno było mu utrzymać wzrok w jednym miejscu, ale w końcu orlik zaczął go dostrzegać. Gdy już wyrósł, objął Witolda skrzydłami. Teraz miał dwóch przyjaciół. Wyrośniętego i Swojaka.
– Zanim wyślę cię w ostateczną podróż, mam dla ciebie ostatnie zadanie. Idź na bagna i złap ognika. Masz ode mnie specjalną klatkę, wysmarowaną olejkami błyszczącymi w środku, dzięki czemu nie zgaśnie. Gdy już go złapiesz – przyprowadź do mnie. Weź z mojego magazynu wszystko co uznasz za stosowne.
– W porządku.
Wziął linę z hakiem, kij, kurtę z kieszeniami, dziwnie wyglądające buty zrobione z desek i wyruszył przed zmierzchem. Gdy zszedł ścieżką w dół, zrobiło się już ciemno. Na rozstajach skręcił w kierunku bagna, które rozpoznał po świecących ognikach. Założył dziwne buty i wszedł w grząski teren. Kijem sprawdzał czy nie ma trzęsawiska. Otworzył klatkę, a ze środka wyłoniło się tak mocne światło, że prawie oślepł. Nie uprzedziła go o tym. Szybko zamknął klatkę.
Zawiesił pułapkę na linie z hakiem i otwierając ją na oścież, skierował na świetliki. Skrył się w zaroślach i czekał. Gdy w końcu jeden dał się złapać, udał się do wieszczki.
– Teraz masz już wszystko. Otwórz klatkę i daj ognika. Tylko uważaj na skrzydełka.
Witold podał jej ostrożnie ognika, ona zaś skapnęła kropelką z jednego eliksiru na jego głowę. Ognik zaczął mówić.
– Co wyście porobili duraki jedne. Ooo, ja potrafię mufić. Nie fiem cy dziekofać cy plakać. Moze to i to. – i zaczął płakać.
– Dałaś mu rozum. – Uśmiechnął się do wieszczki.
– Tak to prawda. – Odwzajemniła uśmiech. – Przyszedłeś do mnie w konkretnym celu. Ja dałam ci środki, do ciebie należy wykonanie ostatniego zadania.
– Uratowanie siostry. – Stwierdził.
– To będzie trudniejsze niż przypuszczasz. Musisz iść za kładkę w pełnię księżyca i zebrać ziele zwane wybudnikiem księżycowym, które kwitnie jedynie w tym czasie. Noc ta nadejdzie w tym Saturdasie, czyli masz jeszcze dwa dni na przygotowanie. A teraz idź i wróć z kwiatem. Pamiętaj jednak, że z moich usług można skorzystać jedynie raz w życiu, więc uważaj, by jakaś klątwa nie została na ciebie rzucona. Żegnam.
Po takim przemówieniu ze strony wieszczki, udał się razem z swoimi zwierzętami do wioski. Pierwsze co zrobił, to skierował się do swojego domu, by zobaczyć jak sprawy stoją. Rena leżała coraz słabsza, ojciec jak mógł robił w gospodarstwie – na szczęście nie pił. Matka opiekowała się siostrą.
Gdy Kładczanie zobaczyli jego wilka, na początku uciekali. Dziwili się również na widok Wyrośniętego: taki orzeł, a spokojnie siedzi na ramieniu Witolda. Świetlika na razie trzymał w pułapce, by ludzie nie uznali go za większego dziwaka, niż do tej pory. Gdy przyszedł wieczór, zjadł w końcu coś ciepłego na kolacje i położył się spać.
Następnego dnia wziął siekierę i otworzył przejście do zakazanego lasu. Ludzie buntowali się, lecz gdy im wyjaśnił, czemu to robi, pozwolili mu działać. Wyrąbał przejście przez cierniste krzaki i pozostało mu jedynie czekać na noc.
Wieczorem przeszedł przez kładkę w towarzystwie Swojaka i Świetlika. Zamknięto za nim kładkę. Wyrośnięty patrolował teren w powietrzu. Szedł ścieżką ciemną, oświetlaną jedynie przez ognika. Księżyc był za chmurami. Przez chwilę miał wrażenie, że ktoś go śledzi, ale to chyba normalne w takim ciemnym lesie. Drzewa wyglądały jak karykatury ludzi. Pochylały się nad nim jakby chciały zabrać jego duszę. Może właśnie tego chciały, bo Swojak warczał na nie. Świetlik przez cały czas bredził coś o umieraniu i jakie to nieszczęście było, że dał się złapać w klatkę.
– Ale to tak nie mialo być. Mialem zaloszyć radosnom rodzinke swietlikuf.
– Przymknij się, bo zwracasz na nas uwagę.
– Ufs, pseplasam. – odpowiedział cichym już głosem. Wykrakał. Na szczęście ojciec przed wejściem do lasu dał mu swój miecz z czasów wojen z orkami, które zostały wypędzone za lodowiec, a broń została. Zobaczył pierwsze cienie.
– Świetlik poświeć ostrzej, bo nas dostaną. – Stało się tak jasno jak w dzień, a cienie rozpłynęły się w świetle.
Oprócz cieni były też stwory z krwi i kości. Otoczyły ich. Wyjął miecz, a Swojak obnażył kły. Z początku bały się ich, lecz powoli zaczęły podchodzić. Jeden z nich, chyba dowódca, rzucił się pierwszy. Swojak obronił Witolda własnym ciałem i wbił kły w szyję przeciwnika.
Za dowódcą inne stwory odważyły się zaatakować. Ciął z wszystkich sił.
Nagle orzeł zaczął pikować. W samą porę uchylił się w dół, gdyż stwór za nim skoczył i już miał wbić kły w jego szyję, kiedy Wyrośnięty zleciał na niego.
Stworów już zostało mało, gdy przed nim pojawiła się czarownica.
– Ty! – Krzyknął i zaczął biec w jej stronę z wyciągniętym i krwawiącym jeszcze mieczem. Stwory na widok jego szału wycofały się. Czarownica zaczęła się śmiać, zrobiła unik i go ugryzła. Z wściekłością ciął jej szyję. Gdy oderwała zęby od szyi, uciął jej głowę. Wilk był pogryziony, orzeł złamał skrzydło, a świetlik prawie się wypalił. Świetlika wsadził do klatki, żeby odpoczął i zyskał siły.
Poszedł dalej ścieżką i trafił na polanę, na której kwitł wybudnik księżycowy. Był oświetlony przez wiązkę księżyca. Zerwał go i wrócił do wioski, a na końcu do wieszczki, która zrobiła napój uzdrawiający dla siostry przy użyciu jej kamienia filozoficznego.
Spytała się czy coś dziwnego go spotkało. Powiedział wszystko oprócz tego, że ugryzła go czarownica. Napomknął, że ją spotkał i odrąbał jej głowę, ale nic więcej.
– To była moja siostra. Dziękuję że skróciłeś jej cierpienia. Może była zła, ale stała się taka przez swoją chorobę, na którą zachorowała, gdy nasza matka uczyła nas sztuki magicznej. Matka kazała jak najszybciej przynieść pewne zioło, lecz nie mogłyśmy iść przez drogę, gdzie rosły wilcze ciernie. Ja zrobiłam jak kazała, a siostra chcąc być ode mnie lepsza, poszła przez ciernie, które ją pokłuły i zaraziły wilczą polimorfią zwaną wilkołactwem…
Od stołów w karczmie powoli zaczęli wstawać ludzie i sięgać po broń. A że byli mocno pijani, obrona przed kłami wyrastającego przed nimi wilkołaka była bezcelowa. Następnego dnia wędrowiec zebrał złoto, które wydał w karczmie na wino dla gości i z uśmiechem wyruszył polować i zaspokajać głód gdzie indziej. A jego siostra? Została wyleczona. Rena zaczęła uczyć się u wieszczki i kto wie, może kiedyś położy kres klątwie swojego brata.
Cofnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *