Młyn Fragment 6

***

Obudził się w szpitalnym łóżku z zawiązanymi rękami i nogami, otumaniony lekami. Podczas snu bredził. Został umieszczony w izolatce. Po lewej stronie była pancerna szyba, po prawej ściana. Światło gasło i ponownie zapalało się. Jakiś chochlik majstrował przy świetle izolatki. Drzwi były otwarte. Dosłyszał głos, który mówił: „Jestem alfą i omegą”. Nie wiedział, czy to był głos w środku, czy na zewnątrz. Po chwili zasnął.
Z samego rana obudził go śpiew ptaków. Zaczął domagać się, żeby go odwiązali. Jednak nikt z pielęgniarzy nie pofatygował się do niego. Może później odwiążą. „Muszę znaleźć jakieś rozwiązanie. Psiakrew. Że też musiało paść na mnie.” Przyszli pielęgniarze i zaczęli go karmić kaszką.

– Kiedy mnie rozwiążecie?
– Jak dobrze się będziesz zachowywał, zjesz kaszkę i weźmiesz leki, wtedy pomyślimy. – Wykonał wszystko, o co prosili. Po godzinie uwolnili go z pasów. Drzwi były jednak zamknięte.
– Wypuście mnie! – zaczął krzyczeć i walić w drzwi. Przyszli i znowu przywiązali go do łóżka.
Kolejny dzień spędził obezwładniony. Czekał. Czekał na obiad. Czekał. Czekał na kolację. Nawet nie zauważył, kiedy między tymi „czekaniami” zasnął. Spał chyba pół dnia na lekach. Gdy przyszła noc, nie mógł zasnąć. Snuł się między labiryntami myśli. Pierwszą jego myślą było, że najlepszym rozwiązaniem w takim wypadku byłaby śmierć. „Skoncentruję się, wyobrażę bombel z wody, oplatający moją głowę i koniec. Śmierć przez uduszenie.” Miał jednak zobowiązania, więc  musiał się wydostać z tego pieprzonego szpitala.
Na śniadanie przyszli ci sami pielęgniarze co wczoraj. Nakarmili go i po jakimś czasie rozwiązali. Tym razem nie domagał się wypuszczenia, więc go nie związali ponownie. Chodził w te i z powrotem większość dnia, trochę leżał i obmyślał plan. Gdy nadeszła noc, a pielęgniarka w stróżówce w końcu zasnęła, myśląc, że on też położył się spać.
Zbadał zamek i uformował lodowy klucz, który po otwarciu drzwi zamienił w parę wodną. W końcu mógł zwiedzić swoje więzienie. A było iście grimmowskie. Na parterze był korytarz, prowadzący do schodów ustawionych w obu jego końcach. Parter zawierał także schody na dół, do wyjścia. Z korytarza na drugim piętrze szły schody w górę, gdzie zatrzymywały się w ślepych zaułkach. Drzwi do sal chorych biegły wzdłuż obu korytarzy. Nagle rozległ się alarm. Czym prędzej pobiegł do swojej izolatki. Zauważyła go jednak pielęgniarka.
– A gdzie to się wybierasz? Chcesz znowu, by cię związano. A może wolisz kaftan? – krzyknęła.
– Ani to, ani to. – odparł. – Drzwi były otwarte, to wyszedłem.
– No dobrze króliczku, a teraz pakuj się do środka. – Króliczku doświadczalny chyba.
Przez pięć dni nie wychodził z izolatki. Siódmego dnia wypuścili go i dali małą pryczę w środku obskurnego pokoju. Na korytarzu leżał worek z ludzkim ciałem.
– Zwolniło się miejsce. – stwierdził jeden z pielęgniarzy. – Za chwilę będziesz miał rozmowę z lekarzem. „Może lekarz będzie bardziej normalny” – pomyślał. Wiedział jednak, że to złudne nadzieje.
– Witam. – zwrócił się do swoich współlokatorów. Nie byli zbyt rozmowni. Odzywali się półgębkiem. Postanowił przejść się po pokojach, zanim go zawołają do gabinetu lekarskiego. Różni ludzie, różne reakcje. Część wyrzucało go z pokoi, część zapraszało i wypytywało się: jak tu trafił, na co jest chory. W miarę jak odpowiadał, bardziej do niego docierało, że nie tylko on tu jest przetrzymywany bez powodu. Niektórzy go rozpoznali i vice versa. TUTAJ też byli magowie. Już chciał porozmawiać z jednym z nich, gdy pokazał mu kamery. Pokazał też dłonią słuchawkę od telefonu. Był to sygnał, że oprócz monitorowania, podsłuchują ich. Musiał milczeć.
W końcu zawezwali go do lekarza lub, jak mówili pacjenci, doktora Spyke. Był on starszym i z pozoru miłym człowiekiem. Nosił fartuch i okulary ze sznurkiem. Gabinet w odróżnieniu do reszty szpitala był urządzony w stylu retro. Etażerka na książki, z dwoma podpórkami przedstawiającymi psa i kota. Książki w grubej oprawie, czasami w skórze. Kilka reprodukcji znanych malarzy jak Munch, Picasso czy Salvador Dali. Możliwe, że ten cały Spyke orientuje się co do zdolności magów i jest kimś w rodzaju inkwizytora… Wskazał mu krzesło, więc usiadł i cierpliwie czekał.
– Znalazł się pan tutaj, bo nie pamięta pan, gdzie mieszka. Możliwe, że jestem w stanie panu pomóc.
– Niby jak? Lekami odurzającymi?
– Niech pan nie kpi… Wystarczy, że będzie pan współpracował. Oboje wiemy kim pan jest. Proszę wydać swoich ziomków, a będzie pan wolny.
– Nie wiem, o czym pan mówi.
– Pogadamy za tydzień. Może zmieni pan zdanie… Siostro! – zawołał.
– Do ciemnicy z nim. Na razie na trzy dni. Później izolatka, też trzy dni. W niedziele może pani mu odpuścić i na pryczę z nim.
Tym razem nie opierał się. Potulnie poczekał, aż wsadzą go w kaftan. Umieścili go dodatkowo w ciemnicy. Po godzinie czasu stracił rachubę. Spędził tam trzy dni, ale czuł, jakby był w niej przynajmniej miesiąc. Podobno ludzie wariują w takich miejscach. On jednak miał silną wolę i zadanie do wykonania.
Po trzech dniach zaprowadzili go do izolatki, a dlatego że się nie stawiał, zostawili bez pasów. Musiał się wydostać. Drugiej nocy rozpuścił szybę i uformował śpiącym dyżurnym bańki z wodą na głowach, żeby się podusili. Przeszedł przez rozpuszczoną szybę, po czym skierował się do pokoi, w których przetrzymywano innych magów i obudził ich. Ten z nich, który uprzedził go o podsłuchu, potrzebował, by obudzono go nieco gwałtowniej, bo dali mu środki nasenne. Krzysztof uformował bąbel wodny i spuścił mu na głowę. W końcu przeszli przez główne drzwi, na wolność.
– Mam na imię Bogdan. – przedstawił się po tym, jak wyszli ze szpitala.
– Zaprowadź mnie na cmentarz. Do tego szamana i Mateusza. – Ukradli karetkę i na sygnale przejechali część drogi, po czym utopili ją w rzece. Zatonęła w miarę szybko i skryła się wśród mułu. Następnie poszli do przystani i ukradli łódź wycieczkową. Przepłynęli w okolice cmentarza, łódkę ukryli w zaroślach. Po drodze zobaczył obozowisko wędkarza.
– Tutaj mnie portal wyniósł do tego świata. – stwierdził Krzysztof.
– To dlatego nikt nie mógł się tu dostać. Widocznie któryś inkwizytor wyrzucił kamień teleportujący do rzeki. – odpowiedział. – Jak przeżyłeś?
– Potrafię oddychać pod wodą. – odrzekł Krzysztof i skierował rozmowę na inne tory. – Mateusz i szaman będą na cmentarzu?
– Już ich powiadomiliśmy. Sabat się zbierze około północy. To już niedługo i niedaleko.
– Wiem – tutaj się wychowałem. – uśmiechnął się nostalgicznie. – Jak go powiadomiłeś, telepatia?
– Nie, wystarczyła komórka pielęgniarza. – uśmiechnął się Bogdan. – Jak kraść to kraść. Po drodze wyrzuciłem ją do rzeki, żeby nie namierzyli nas.
Po chwili doszli do cmentarza. Magowie byli na miejscu. Wśród nich był Mateusz, lecz nie było szamana.
– Kogo my tu mamy. Uciekinier się znalazł! Długo, bo długo, ale jednak witamy wśród magów. Lecz jeśli pracujesz dla inkwizytorów, to będziesz miał straszną śmierć.
– Daruj Mati. Uwolnił nas ze szpitala. I wie, gdzie jest zaginiony kamień teleportacyjny. Przeżył przejście, bo umie oddychać pod wodą.
– Więc co masz do powiedzenia? – Mateusz nadal miał podejrzliwy wzrok.
– Mam wiadomość z drugiej strony. Inicjację musicie przeprowadzać w dziupli. – Rozległy się szmery. – W ten sposób będziemy mogli używać mocy nawet tutaj. I nie będzie więcej ludzi z cienia.
– A kto kazał ci to przekazać? – spytał się Mateusz.
– Twój brat Jan i ojciec Michał.
– A jakie mają talenty? – dopytywał się dalej. Jak na przesłuchaniu.
– Ojciec Michał ma dar języków i możliwość czytania snów. Rybak ma talent drzewa i wody.
– Skoro potrafisz używać mocy. Zademonstruj to.
Krzysztof zaczął formować bańki wody. Rozległy się szepty, a nawet krzyki podziwu.
– No dobra magu. Posłuchamy się ciebie. Będziesz pomocny w wydobyciu kamienia.
– A gdzie szaman? – spytał się.
– Zabili go inkwizytorzy. Nie mieliśmy szamana od 9 lat. – zasmucił się Bogdan. – Musieliśmy robić inicjacje bez jego mocy. Sposobem krwi.
– Może dla tego nowi częściej się zamieniali w ludzi cieni. – stwierdził Krzysztof, a Mateusz warknął.
– Nie kłóćcie się panowie. Nie teraz, gdy możemy wrócić w przeszłość i mieć moce w przyszłości. Odezwał się jeden ze starszych.
– No to do dzieła. Ktoś jednak będzie musiał zostać, by pilnować wyłowiony kamień.
– Ja to zrobię. – zgłosił się Krzysztof. – Mam moce ku temu, ale pamiętajcie, macie być tam tylko jeden dzień, inaczej umrę nim zrealizuję wasze marzenie.
– Postanowione. W dziupli pokażemy ci jak uruchamiać Bramę na inicjację. Nawet za dziesięć lat tego nie zapomnisz. Wy idźcie w okolice dziupli, a ja z nim pójdę wyłowić kamień. – zadysponował Mateusz.
Cofnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *