Tożsamość fragment 13

***

Pierwszy dzień wyprawy zapowiadał się nudno. Michał, chociaż był ochroniarzem Marka, siedział zamknięty w opancerzonym busie Doktorów jako konwojowany więzień w kierunku Berlina. Miał tam zostać stracony za to, że był Wiedzącym. Najgorsze było to, że nie wiedział, czy rzeczywiście będzie stracony, czy nie. Czy rzeczywiście ma ochraniać Marka, czy od początku go oszukiwał. Drugiego dnia zatrzymali się. Teraz Marek zdjął swój mundur Doka i ubrał się w cywilne rzeczy.

– Od teraz musimy podróżować pieszo. Na razie jesteśmy na terenie Niemiec, całkowite odgrodzenie znajduje się na granicy z Holandią. Świat zewnętrzny jest tak odgrodzony od wewnętrznego, że nikt, kto nie zna podziemnego przejścia, nie ma szans przedostać się na drugą stronę. Gdyby Doki się dowiedzieli o tym przejściu, strefa militarna o wiele bardziej by się powiększyła. Teraz właśnie kierujemy się w tamto miejsce.
Marek wyciągnął kompas i poszedł w kierunku zachodnim. Pod wieczór doszli do jaskini. Wchodząc do niej, stawali się bardziej ociężali, a ich gęstość się zmieniała. Chociaż nie było lamp, było coraz jaśniej, a gęstość ich cieni sprawiała, że stawały się rzeczywiste, a nawet metaliczne i żyjące własnym życiem. Marek doprowadził ich do okrągłej bramy. Zadziałał umysłem i brama się otworzyła.
Następnie przeszli przez nią do podobnego miejsca. Gdy wychodzili z jaskini, sytuacja była odwrotna, cienie łączyły się, by połączyć się z ich ciałami, a oni stawali się mniej gęstsi i ciężsi.
– No to przeszliśmy. Jesteśmy w Holandii.
Michał zdziwił się, gdy po przejściu zobaczył parking z taksówkami i mały hotelik. Przenocowali w hoteliku, a następnie wzięli taksówkę na lotnisko. I od teraz zaczęła się rola Michała jako ochroniarza. Mimo tego, że byli na zewnątrz, porządku nie było. Zastali anarchię na lotnisku. Wpadli w piekielny rozgardiasz. Każdy każdego sondował, wnikał lub skakał po umyśle. Ludzie w Holandii zachowywali się opętańczo. Wprawdzie w wewnętrznym państwie był zamordyzm, ale panował pewien porządek.
Nagle poczuł jak ktoś zaczął sondować Michała. Agresor nie miał szczęścia. Nabił się na pułapkę i po chwili usłyszeli odgłos padającego człowieka. Wpadł na bombę paraliżującą. Kilka jego kolegów zauważyło upadek przyjaciela i wyśledzili Michała po nikłym śladzie pułapki. Zaczęło się. Na początku uruchomił program tarczy. Ci, którzy skoczyli na niego pierwsi, odbili się od niej.
Gdy odkryli, że nie dadzą mu rady, trzech z nich rzuciło się na niego z nożami. Był jednak na to przygotowany. Pierwszemu wykręcił rękę i wbił jego nóż w bok drugiemu. Trzeci koleś, który to zobaczył, rzucił nóż i zaczął uciekać. Michał przesłał mu mentalny ładunek typu: „Więcej nie będę zabijał i będę wiódł uczciwe życie”. Z takim nastawieniem nie przeżyje tu choćby dnia. Gdy inni zobaczyli, że z obcymi nie warto zaczynać, przestali nawet ich sondować
Marek wytłumaczył Michałowi, że Holandia jest taka dzika, bo przed wojną magów zalegalizowała marihuanę, a ci co rodzili się ze skazą THC zdegenerowali się. Przez jakiś czas byli dzikimi ludźmi i dopiero po rozdarciu zostali ci, co bardziej nadawali się do życia w tej sferze. Zorganizowali się, a zachód trochę im pomógł stanąć na nogi. Sprowadzono samoloty, wyremontowano lotnisko, wybudowano budynki mieszkalno-gospodarcze. Tylko u niektórych dzikość pozostała. A dzikość i możliwości Wiedzących rodzą szaleństwo. A że prawo nie zabrania być dzikim, a nawet to promuje w Holandii, dlatego było tu tylu szalonych Kradziejów, którzy polowali na drogie informacje. Po to tylko, żeby zarobić sobie na trawkę.
Wynajęli samolot do Anglii. Lot trwał niecałą godzinę. Anglicy byli tolerancyjni zarówno dla Doków,  jeżeli nie byli na misji, jak i dla Wiedzących,  jeżeli się nie włamywali do umysłów. Można powiedzieć, że Anglia była neutralnym państwem. Ugościła ich miła rodzinka, a po kolacji poszli spać.
Cofnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *